piątek, 4 lipca 2014

...Żywot Żuka

...ostatni biżut związany z Royal-Stone. Pan Żuk. 


...Żuk jest naszyjnikiem całkiem sporym i dwustronnym. Jeśli ktoś nie lubi insektów, może wybrać stronę z mosiężnymi kopułkami, którą ja osobiście preferuję :-) Nie licząc szklanych koralików i łańcuszka, każdy element naszyjnika wykonałam od podstaw z mosiężnej blachy i drutu poprzez wielogodzinne klepanie, wyginanie, przeciąganie, lutowanie, piłowanie, wykwaszanie, oksydowanie, szlifowanie, polerowanie i jeszcze całą masę
innych czynności ;-)
Tak się toczył ten tok żuka - przez dni cztery mąż mnie szukał.


...w świetle słonecznego dnia z żuka wychodzą kolory :-) wnętrza sfer są zaoksydowane na tęczowo i mienią się razem z otaczającymi je koralikami.


...a teraz długa droga, którą żuk się toczył....


...ważne było odpowiednie przygotowanie :-) koncepcja, narzędzia oraz kocie napoje :-)


...etap pierwszy: baza, do której później będą mocowane koralikowe sznury.
Nic nie zwiastuje problemów, na niebie tęcza ogłasza koniec burzy. Tylko kota miauczy  na parapecie po niewłaściwej stronie zamkniętego okna. Po otwarciu tegoż - nie wchodzi. Piłujemy dalej.


...miałam okazję przetestować nowy nabytek - sześcienną ankę do wybijania sfer :) ... sąsiad za ścianą w odpowiedzi włączył wiertarkę.


...okazało się, że wygięcie drutu w regularny szlaczek jest sprawą skomplikowaną. Na szczęście nieudane łuczki można wykorzystać potem jako zawieszki... Jeśli chodzi o same zawijaski, to miałam duży problem z przylutowaniem ich do uprzednio przygotowanej bazy. Drut nagrzewa się szybko, kawałek blachy zdecydowanie dłużej. Próbowałam lutować grzejąc blachę od spodu, żeby przekazała temperaturę drucikowi, aby w ten sposób lut między nimi popłynął. Nie poskutkowało. Wydaje mi się, że to kwestia grubości blachy albo materiału, może ze srebrem byłoby prościej. Ostatecznie zalałam wszystko hurtową ilością lutu i zacementowałam na amen. Jeśli ktoś bardziej doświadczony to czyta, to bardzo proszę o radę jak to robić po bożemu :-)


...w przerwie między robieniem porządku na biurku a kontrolowaniem przydatności do użycia poszczególnych przedmiotów w zasięgu łapy, kota oczywiście siedzi na straży wysoko zmineralizowanej wody w słoiku ...rozważając opcjonalne turlanie wałeczków z wykrojnika...


...etap drugi: kopułki.
...pierwszy żuk nie wyszedł. Spodziewałam się tego. Chciałam, aby był wypukły, jednak kopułka pod wpływem uderzeń puncyny rozeszła się na boki, a żuczkowy obrys rozjechał na wszystkie strony i zaczął przypominać kompilację żaby z wielbłądem. Drugi żuk już zachował kształty, choć też był wypukły, jednak podczas lutowania się nadtopił zupełnie nieciekawie, ponieważ grzałam i grzałam, a on kompletnie nie chciał się połączyć z drugą półkulą.
Ale do trzeciego żuka sztuka.... w końcu wyszedł na płasko.


...etap trzeci: wykańczanie (się)
...w ruch poszła miniszlifierka. Wszystkie części naszyjnika zabłysnęły mosiężnym blaskiem, jeno ja miałam ręce czarne od pasty polerskiej jakbym wsadziła je do komina.


...etap czwarty: koralikowanie
...Robert zmartwiony moim zasiedzeniem podstawił mi pod nos miskę truskawek :) Wszystko ponownie nabrało sensu :)


...koraliki, koraliczki.... ta mieszanka pochodzi ze słoika, do którego zsypywałam wszystkie niewykorzystane resztki, jakie mi zostały po koralikowych kolczykach. Aby naszyjnik był trwały, nawlekłam je na linkę stalową. I znowu kilka godzin....


...aż w końcu nadeszła ta chwila, kiedy mogłam zrobić finalne zdjęcia :)
...oto przód w całej Żuka okazałości:


...oraz tył, który również sprawdza się dobrze w roli przodu ;)


12 komentarzy:

  1. jej, tyle informacji, że nie wiem od czego zacząć ;)
    1) jaki Twój kot ma piękny kolor oczu! :D
    2) naszyjnik jest prześwietny! sama bym go chciała ;) Mam nadzieje, że wygrasz w tej żukowej kategorii, bo naprawdę jest ŁAŁ (i pomysł i wykonanie, a do tego jeszcze modelka ;))
    3) a mogę zapytać jak zaczepiałaś te koraliki? na jakieś łapaczki na końcu? bo jak przychodzi do koralików to zawsze mam problem, żeby to estetycznie wyglądało i dlatego unikam ;p
    4) nie wiem, czy jestem bardziej doświadczona (szczerze wątpię), ale też często mam problem z lutowaniem do dużych elementów i wtedy najlepiej: najpierw rozgrzać blachę i dopiero kiedy będzie czerwona dołączać do niej drut/inne małe elementy i kłaść lut. a jak tym sposobem mi nie wychodzi, to czekam aż obie części skleją się lekko lutówką, kładę lut (uważając, żeby gdzieś od razu nie odleciał) i przewracam pracę na drugą stronę -wtedy grzeje się bezpośrednio blacha, a drut dopiero od niej (co prawda nie widać do końca, co się dzieje, ale zazwyczaj działa ;)) Mam nadzieję, że coś Ci to pomoże ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wow... dziękuję za miłe słowa i porady, kombinowałam podobnie, ale może mam jeszcze zbyt mało precyzji w łapkach, a kotu przekaże komplement :)
      ...co do koralików - nie wiem czy opiszę do zrozumiale, ale spróbuję :) do tych przylutowanych zawijasów z drucika mocowałam linkę stalową poprzez wykonanie pętelki z kulką zaciskową, a nadmiar linki (końcówkę) wciskałam w dziurkę nawlekanego koralika, z drugiej strony to samo - robiłam to "na siłę" żeby koraliki do siebie mocno przylegały i potem po zaciśnięciu kulki nie było szparek, na pewno są jeszcze inne sposoby, w każdym razie ten wygląda całkiem estetycznie :)

      Usuń
    2. aha aha, to ja chyba wiem, pozostaje mi kupić sobie przy najbliższej okazji trochę prefabrykatów i poćwiczyć;)
      a z tym lutowaniem to nie wiem, co tu jeszcze... bo palnik z tego co pamiętam, chyba masz lepszy niż mój ;)

      Usuń
    3. ...prefabrykaty zabrzmiały branżowo :) btw, zastanawiałam się jeszcze potem co mi poszło nie tak, być może zbyt mało podpiłowałam te druciki i nie przylegały idealnie do blachy i grzejąc odwrotnie nie widziałam, że coś odstaje. A z tego co ja pamiętam, to mój palnik różni się od Twojego tylko tym, że mam go podpiętego do butli, ale gaz mamy przecież taki sam i zakres temperatur też :)

      Usuń
  2. Naszyjnik jest genialny, bardzo mi się podoba - począwszy od samego pomysłu, przez tą dwustronność, aż do perfekcyjnego wykonania :) Bardzo podziwiam, że Ci się w ogóle chciało (bo pracy jest tu ogrom, a poza tym też rozumiem koszmar lutowania, zwłaszcza mosiądzu, i pojęcia nie mam jak to robić "po bożemu") :) Z całych sił życzę żuczkowi miejsca na podium, a najchętniej zobaczyłabym go na kartce kalendarza :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bardzo dziękuję :) a do perfekcji jeszcze mi daleko, ale mam dużo zapału do dalszej pracy :)

      Usuń
  3. och! jaki piękny! i piękna Twoja wyobraźnia. szczerze trzymam kciuki.
    co do lutowania, to palnik mnie samą ciągle przeraża i nie wiem, czy miałabym odwagę bawić się w takie formy, więc mój podziw tym większy. kilka tygodni temu probowałam przylutować oprawę kamienia do obrączki i rozlutowałam wszystko, co tylko mogłam a części się poprzylepieły w dziwnych miejscach. a przy lutowaniu srebrnych kółeczek jakimś cudem udało mi się je połączyć z pencetą (czy jakkolwiek się na to mówi)...
    widziałam też Twoje koty (biżuteryjne), jakie one są cudne!
    próbowałam ddodać blog do obserwowanych, ale google mi nie pozwala, jakiś błąd komunikuje cały czas... ): w każdym razie dziękuję za odwiedziny!

    a. i jeszcze jedno pytanie, czym fotografujesz? (:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję ;) ale mi miło :) nie ma się co bać palnika, kilka razy odpalisz i potem już jakoś leci. Mnie do tej pory zdarzają się dziwne przypadki podczas lutowania, często sobie niszczę jakiś element, nad którym pracowałam kilka godzin... przeklnę pod nosem i robię dalej :)
      ...a co do fotografowania - te zdjęcia z żukiem robiłam starym stałoogniskowym obiektywem 50mm f/1.8 z aparatu analogowego, który zamontowałam do cyfrowej lustrzanki canona :-)

      Usuń
  4. Ach! Piękności! Muszę tu częściej zaglądać :)
    Brawo Monika, rewelacja! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudo! Ale mnie bardziej podoba się tył :) Pogratulować umiejętności!

    OdpowiedzUsuń