czwartek, 30 kwietnia 2015

...The Dying Swan

...to już musi być miłość albo jakieś inne uzależnienie. Na tapecie znowu deser - Rosyjska Primabalerina zaserwowana przez Royal Stone (zdaje się mojego głównego motywatora do robótek wieczorową porą). Samo zdjęcie bezowego tortu wydawało mi się początkowo najmniej ciekawe spośród wszystkich propozycji. Jednak po wstępnej analizie, właśnie ta inspiracja spodobała mi się najbardziej - ze względu na możliwość wielowymiarowej interpretacji. Kto nie zna historii Anny Pavlovej - odsyłam do 'internetów', co by tu nie przedłużać wstępu i przejść do historii właściwej o powstawaniu łabędziej bransoletki ;-)



...poniżej wrzucam inspirację zapożyczoną ze zbiorów konkursowych :) 
Oto Primabalerina w pełnej krasie :)


...na początku był szkic. Potem drugi, trzeci, dwunasty...
Długo zastanawiałam się, jak się do tematu zabrać. I przypomniałam sobie,
że kiedyś kupiłam (w dziale kreatywnym dla dzieci) kilka arkuszy folii termokurczliwej, do wypróbowania. Folię można utwardzić podgrzewając w piekarniku - wije się wtedy i przeżywa męki okrutne, aby finalnie przejść w stan spoczynku jako skurczony kawałek plastiku. Widziałam w sieci różne efekty pracy z tym materiałem i byłam ciekawa, czy faktycznie ma on potencjał. Zaopatrzyłam się w biały flamaster i długopis, a także werniks do zabezpieczenia folii po wypieczeniu.


...przy zakupie arkuszy nie dostałam informacji jak się z nimi obchodzić, a po przeczytaniu wielu kompletnie różnych instrukcji znalezionych w internecie, byłam tak skołowana, że wrzuciłam pierwsze piórko do pieca ...iiiii .....i chyba dodałam swoje trzy grosze do słynnego krakowskiego smogu. Tak śmierdzącego smrodu to ja dawno nie czułam. No cóż, człowiek uczy się na błędach. 
Do trzech... nie, ...do czterech razy sztuka ;-)


...kiedy uznałam, że nie spowoduję skażenia i świat jest bezpieczny, postanowiłam uwiecznić jakie to balety odstawia folia wewnątrz rozgrzanego piekarnika :-) Werniks okazał się zbędny. Malunek wtopił się w plastik i jest nieścieralny.


...czas na roboty z ciężkim sprzętem. Pierwszy raz stanęłam przez zadaniem wykonania bazy do bransolety. Najpierw przygotowałam ramkę z grubego drutu o kwadratowym przekroju. Następnie, przez ponad godzinę, próbowałam przylutować to dziadostwo do blachy... Chyba znowu robiłam coś źle ;-) Lutowałam na "ruszcie", aby oba elementy złapały równocześnie odpowiednią temperaturę. Z jednej strony, z drugiej strony, od góry, od dołu, dociskałam, obracałam, bezskutecznie. Blacha się wyginała pod wpływem ciepła... może gdybym wzięła grubszą, to byłoby lepiej. Nie wiem, ale jak się dowiem, to na pewno się tą wiedzą podzielę ;)


...tak czy owak, wyszedł z tego wszystkiego krzywulec pospolity. Tu się przytopiło, tam się odgięło, blachę dotknęła boleśnie powódź z lutu i inne klęski żywiołowe. Kryzys trwał. Wyżyłam się puncyną, nadając blaszce kropkowaną fakturę. Niechaj wszystko będzie krzywe, a co! ;-)


...po dodaniu zawieszek na piórka i elementu zapięcia, przyszedł czas na nadanie bazie odpowiedniego kształtu. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się ile alternatywnych sprzętów jubilerskich posiadam w domu ...np. mam bardzo fajny, pół-profesjonalny rygiel do bransolet. Rozmiar akurat jak na mój nadgarstek ;-)


...kolejne kroki to już standard - kwaszenie, oksydowanie, przecieranie i wykończenie na matowo.


...i wreszcie etap, kiedy brzydkie kaczątko zaczyna przeistaczać się w łabędzia. Piórka czekają w szeregu na wpięcie do bazy, obok leżą granaty przywiezione z podróży na wschód ...koniec tuż, tuż.



...szczęśliwie dobrnęłam do zakończenia. Wiosenna aura pozwoliła na kilka szybkich ujęć w opuszczonym ogrodzie :) 


...poniżej wrzucam jeszcze trochę zdjęć:


...światło wydobywa z granatów głęboką czerwień wina i przenika przez transparentne piórka :)

    
...zależało mi na tym, aby bransoletka była lekka, delikatna i zwiewna, w ciągłym ruchu. Myślę, że się udało, a piórka będą wdzięcznie szeleścić na nadgarstku. Na tym kończę, myśląc powoli o długim weekendzie :)

środa, 29 kwietnia 2015

...karmelowe

...Tym razem przerwa na koralikowanie. Może i nie jest to nic szczególnego,
bo takich kolczyków było u mnie już wiele, ale raz na jakiś czas nie zaszkodzi zrobić coś prostego :) Zwłaszcza, jak wygospodarowanie wolnej chwili graniczy
z cudem. Nawet zdjęcia z modelką były wkomponowane w 5-minutową lukę
w naszych grafikach ;-)



...do karmelowego zestawu barw - przygotowałam malutkie, miedziane 
bazy z dolutowanymi od tyłu krawatkami do mocowania kolczyków. 
Ramki do kwadratów wykonałam z własnoręcznie wywalcowanego 
drutu (mój kochany Napęd do walcarki akurat siedział w pracy ;-))
Zaoksydowałam miedziane elementy ze srebrnymi kropelkami, następnie 
przetarłam włókniną ścierną, aby uzyskać matową powierzchnię. 
Cała akcja z metalem poszła szybko i sprawnie, co mnie niezmiernie cieszy :)


...i wreszcie nastąpił powrót do korzeni, czyli koralikowych wyplatanek.
Kolczyki zaczynałam i prułam trzykrotnie. Pierwszy raz z powodu decyzji
o ograniczeniu ilości kolorów, potem wzór okazał się zbyt okazały, a za trzecim razem jeden z koralików pękł, zostawiając smutne wyszczerbienie w szeregu. Kiedy już osiągnęłam względne zadowolenie i byłam bliska dokończenia pierwszego z kolczyków, spostrzegłam, że coś mało karmelowych koralików mi zostało w pojemniczku. Policzyłam te moje drobniaki. I... już wiedziałam,
że braknie dosłownie 22 sztuk (koraliki obecnie nie do zdobycia). Wtem nieznośna pamięć ukazała mi scenę, jak dwa dni wcześniej wyrzucam do kosza broszkę, co to przeleżała zapomniana w pudełku przez parę lat i akurat zawierała w sobie całkiem sporą ilość deficytowego towaru. Przez głowę przemknęła mi pewna rozpaczliwa myśl, którą teraz przemilczę. Szybko ją zdusiłam, tłumacząc sobie, że do takiego aktu desperacji to ja się nie posunę. Skończyło się na kolejnym pruciu, aby pozyskać z ogonków brakujące koraliki.


...a tak prezentują się kolczyki od tylnej strony :-)


...poniżej wrzucam jeszcze jeden widok od frontu - kolczyki mają 15 cm długości, wliczając w to srebrne bigle.


...a w tle chwalę się pudełkiem, które dostałam od przyjaciół :)
...z rowerem, mrrr :-) Mieści się w nim dużo pięknych kamyczków oczekujących na koniunkcję weny z czasem wolnym :-)


...a już wnet pojawi się tu coś piórkami ;-)