piątek, 23 września 2016

...steampunk

...długo nie zaglądałam na własnego bloga i nawet nie zauważyłam, że rozsypał się mój skromny szablonik z kotem w tle - zapewne przez jakieś zmiany ustawień na bloggerowej platformie. Poprawiłam co mogłam, ale to chyba znak, że nadszedł czas, by w miejscu obecnej prowizorki zainstalować wreszcie porządny szablon. 
Jeśli chodzi o szybkie wprowadzenie powyższego planu w życie - rokowania nie są optymistyczne. "Nowe szaty" kupiłam w grudniu zeszłego roku. I gdyby istniały w realnym świecie, pokrywałaby je właśnie centymetrowa warstwa kurzu.

...blog też nieco poszarzał, gdyż moja biżuteryjna działalność w ostatnich miesiącach skupiła się na projektach, do których przyznam się dopiero w styczniu :-). Jednak gdzieś między pracą a tajemnicą popełniłam bransoletę w stylistyce kompletnie mi obcej :-). A wyszła właśnie tak: 


W tym roku powinnam dostać tytuł mistrzyni "niewykonów" na konkurs kalendarzowy Royal-Stone. Zaczynałam pracę niemal do każdej inspiracji, 
lecz bez szczęśliwego finału. 
Tym razem, mając kilka wolnych wieczorów - nie odpuściłam, 
choć szczerze - nie przepadam za klimatem steampunku. 
Lubię jednak ciekawe wyzwania i z takim nastawieniem chwyciłam palnik. 


...do pracy nad tym tematem przekonał mnie fakt, że dzięki swojej chomiczej naturze, jestem posiadaczką dziwnego złomu, który (o ile dobrze liczę) przeprowadzał się ze mną już trzy razy. Materiał na steampunkową bransoletkę pochodzi ze starego zegara, który bardzo dawno temu spadł z półki za sprawą kota badającego podstawowe prawa fizyki. Roztrzaskany korpus i mosiężne koła zębate miały widocznie wysoką wartość estetyczną dla 14-tki, ponieważ trafiły do zbioru "skarbów", które trzymam do dziś w metalowej skrzyneczce i nie wiem czy płakać czy śmiać się nad jej zawartością :-D. Mam tam przekrój rozmaitości - od ziaren fasoli plamistej po obrożę nabitą ćwiekami, rozbitą bańkę choinkową i brzydki kamień rzeczny, który dostałam w gimnazjum od średnio przystojnego kolegi.


...wybrałam kilka elementów z zegarowych wnętrzności i zaczęłam budować tę mosiężną konstrukcję bez żadnego, konkretnego planu ;-).
Dawno nie pracowałam w mosiądzu. Ależ to oporny materiał!
Odzwyczaiłam się :-).
Do złotawego koloru metalu dobrałam kamienie, które moim zdaniem nieco orzeźwiają duszną atmosferę steampunkowej rzeczywistości - amazonit  w odcieniu morskiej zieleni, niebieskie kyanity i błękitny chalcedon (z którego później zrezygnowałam).


...dobrze, że chomikuję również co ciekawsze butelki, ponieważ nadal nie posiadam rygla do kształtowania bransolet ;-).


...do oprawy amazonitu i kyanitów przygotowałam cargi z krawędzią wyciętą w ząbki. Nawiązują formą do kół zębatych, a i kamienie łatwiej zakuć, zwłaszcza w dość twardym metalu, z jakim mamy tu przyjemność.



...to jeszcze tylko rameczka z grubego drutu i kończymy lutowanie.
Mosiężna "klatka" trzyma bransoletkę w ryzach, dodaje powietrza i dba o to, by żadne zębatki nie wplątywały się w ubranie ani inne elementy otoczenia ;-).


 ...krzywe to okrutnie, ale coś brakowało mi sił, zwłaszcza nocą, by mocować się
z upartym materiałem.
Podczas kontroli jakości - nawet koty wywracały oczami...


...futrzaki nadal mają zakaz biurkowy i muszę je czasami ofukać, kiedy próbują wskoczyć na blat gdy nie patrzę. Mimo to nieustannie mi towarzyszą - Leeloo zwykle na łóżku, a Jaskier na parapecie. Kiedy pracuję - nie opuszczają mnie nawet na chwilę :-).


...a w pracowni - po wytrawieniu bransoletki, przed zakuciem kamieni - rozgrzałam ją jeszcze raz do czerwoności, by mosiądz ponownie pokrył się ciemnymi tlenkami. Bardzo spodobał mi się efekt po polerowaniu - nierówno przetarte, ciemniejsze plamy na połyskującej powierzchni metalu - mają bardzo steampunkowy charakter :-).


...na koniec - jeszcze kilka ujęć i detal, na którym widać lepiej te ciemno brązowe "przecierki".


...polecam zajrzeć do galerii konkursowej, jak zawsze jest kilka prawdziwych perełek :-).